czwartek, 4 kwietnia 2013

Bar dla nie-mięsożerców: Złoty Osioł

Katowice. Miasto, które momentami doprowadza mnie do szału. Nie inaczej było wczoraj, kiedy to szłam sobie na zajęcia z myślą, że po drodze wstąpię do mojego ulubionego chińczyka na kurczaka z warzywami. Niestety nie było dane mi zjeść dobrego obiadu za 10 zeta, bo chińczyka zamknięto. Ciekawe dlaczego, skoro było tam dobre i tanie jedzenie. Fuck logic. 



Poszłam sobie więc głodna i wkurwiona jak 150 na Mariacką, żeby upolować inny obiad. Mariacka – kolejny ewenement tego miasta. Ulica, która powinna tętnić życiem (skoro już robi za pseudorynek…), przez większość  roku jest pusta. Samotny przechodzień mija lokale, z których co drugi jest zabity dechami, gdyż „właśnie jest remont, otwarcie wkrótce”… ale dziś nie miało być o Mariackiej (ta ulica definitywnie zasługuje na osobą notkę). Dziś będzie o lokalu, do którego często wpadałam lata świetlne temu, to jest na pierwszym roku studiów.

Złoty Osioł, bo o nim mowa, to bar dla wegetarian. Nie, żebym sama zaliczała się do tej grupy, wręcz przeciwnie. Ale nawet mięsożerca musi zjeść czasem trochę warzywek. A co jak co, ale jeśli chodzi o dania warzywne, Złoty Osioł spisuje się na medal.



W zamierzchłych czasach, gdy byłam szczęśliwą studentką pierwszego roku, w Złotym Ośle można było zjeść standardowy obiad za 9,99. Teraz można zjeść za 12, co szaloną podwyżką nie jest, zważając na to, jakie mamy czasy. Na obiad składa się wybrane danie (a wybór mają bardzo duży: tarty, naleśniki, zapiekanki, pierogi, placki i wiele innych, menu można zobaczyć sobie tutaj) oraz surówki (do wyboru 9 opcji, można wziąć dowolną kombinację w dowolnej ilości). Naprawdę mam poważny problem za każdym razem, gdy jestem w miejscu, gdzie patrzę na prawie każdą pozycję z menu i myślę sobie „zjadłabym”. W Ośle zjadłabym dosłownie wszystko. Niestety tak się nie da, musiałam się na coś zdecydować. Zamówiłam zapiekankę z ziemniakami, cukinią, pieczarkami, pomidorami  i marchewką. Posypana była ziołami i smakowała rewelacyjnie. Surówki były równie dobre (szczególnie smakowała mi taka z jabłkiem i porem).Jedzenie bez dwóch zdań mają pierwszorzędne, można z nich czerpać inspirację i robić w domu wersje mięsne ich dań. Do tego wystrój knajpy jest na wpół domowy, na wpół przedszkolny. Kolorowe ściany, kolorowe, wzorzyste obrusy, kolorowe drewniane meble. W Ośle jest uroczo i przytulnie. Zdecydowanie lubię tą knajpę. Kojarzy mi się z dobrymi czasami.



Takie miejsca jak to sprawiają, że jednak mam jakiś tam maleńki sentyment do „pięknego” miasta Katowice. No dobra, może nie taki całkiem maleńki?




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz