Knajpa nietuzinkowa. Stylowo nawiązuje do czasów prohibicji, jednakże alkoholu jak najbardziej można się tam napić całkiem legalnie. Na suficie widnieją co lepsze cytaty zarówno z klasyków gatunku jak i słowa wypowiedziane przez 'autentycznych' gangsterów. Jeśli komuś nie chce się non stop zadzierać głowy do góry, może usiąść w miękkim fotelu i rozkoszować się lekturą wyszperanego na pobliskiej półce kryminału. Jak nazwa lokalu wskazuje, można też taki kryminał sobie zakupić w całkiem przyzwoitej cenie.
Lokal jest urządzony z pomysłem. Ściany w kolorze grafitu, gdzieniegdzie prześwituje gazeta (motyw znany i wykorzystywany w wielu knajpach, mnie jednak przekonuje), czerwone fotele i czerwone zasłony - wszystko to tworzy ciekawy klimat. W powietrzu niemalże unosi się zapach cygara Ala Capone (oczywiście przesadzam, bo w lokalu się nie pali, nawet cygara).
Jeśli chodzi o menu, mają Książęce (dobre), nalewają też Pilsnera na cztery czeskie sposoby: Hladinka, Snyt, Mliko, Cochtan. Przy okazji miałam okazję dowiedzieć się, o co w tym wszystkim chodzi. A chodzi o to, że:
- Hladinka to piwo nalewane "na raz" z gęstą, kremową pianą na dwa palce. Ten sposób nalewania gwarantuje najbardziej wyrazisty smak.
- Snyt to 2/3 piany i 1/3 piwa. Dzięki takiemu nalaniu, ma być bardziej orzeźwiające.
- Mliko jest piwną pianą i na pierwszy rzut oka wygląda jak mleko. Mlekiem jednak w żadnym razie nie jest. Jeśli wierzyć opisowi, ma mieć słodkawy, aksamitny smak, a wypić je należy nie inaczej jak metodą "na raz". Na pewno kiedyś spróbuję.
- Cochtan z kolei jest piwem bez grama piany. Jest najmocniej gazowane, najbardziej gorzkie i przez to najmocniejsze w smaku. Piwo dla prawdziwego faceta.
W knajpie można też napić się innych alkoholi oraz kawy. Do jedzenia mają tylko chipsy i nachosy, jednak jeśli o mnie chodzi, nie jest to minusem. Do tej knajpy przychodzi się przecież na szklaneczkę dobrego trunku, bo gdzie indziej się tego nie dostanie ;)
Jeśli będziesz miał trochę szczęścia, trafisz na wieczór, kiedy to w Speakeasy przy dużym, okrągłym stole, nakrytym czerwonym obrusem, gra się w Mafię. A jak powszechnie wiadomo, Mafia nie jest grą dla idiotów. Gwarantuje to dobrą rozrywkę, nawet wtedy, gdy tylko patrzysz na graczy ze stolika obok. I to jest największym według mnie 'wow' tej knajpy.
Wizyta w Speakeasy skłoniła mnie do doczytania o prohibicji. Tym sposobem dowiedziałam się, skąd pomysł na nazwę. Otóż w czasach prohibicji jakoś trzeba było sobie radzić, wiadoma sprawa. W niektórych lokalach można było kupić mocniejsze trunki, ale oczywiście wszystko odbywało się "pod ladą". W jednym z takich barów, w Pensylwanii, właścicielka Kate Hester zwykła była mawiać do awanturujących się gości "Speakeasy, boys!". Towarzystwo natychmiast się uspokajało, bojąc się zamknięcia lokalu, w którym można było napić się ulubionej szkockiej. A zamawianie alkoholu w tego typu knajpie dla niewtajemniczonych nie było proste. Barman wyczuwając intencję klienta szeptał "speakeasy", co miało oznaczać niezbędną dyskrecję przy składaniu zamówienia.
Gdybym tylko mieszkała we Wrocławiu, byłabym stałym bywalcem tego lokalu. Podobnego jeszcze nigdzie nie widziałam (chociaż pewnie jest). Sam pomysł moim zdaniem świetny, wykonanie bardzo dobre, miła obsługa, wystarczająco obfite menu, a do tego sam mafijny klimat... Dla mnie bomba.
Zdjęcia lokalu pochodzą z fejsa i oczywiście, że nie są mojego autorstwa.


