Katowice. Miasto, które momentami doprowadza mnie do szału.
Nie inaczej było wczoraj, kiedy to szłam sobie na zajęcia z myślą, że po drodze
wstąpię do mojego ulubionego chińczyka na kurczaka z warzywami. Niestety nie
było dane mi zjeść dobrego obiadu za 10 zeta, bo chińczyka zamknięto. Ciekawe
dlaczego, skoro było tam dobre i tanie jedzenie. Fuck logic.
Poszłam sobie więc głodna i wkurwiona jak 150 na Mariacką, żeby
upolować inny obiad. Mariacka – kolejny ewenement tego miasta. Ulica, która
powinna tętnić życiem (skoro już robi za pseudorynek…), przez większość roku jest pusta. Samotny przechodzień mija
lokale, z których co drugi jest zabity dechami, gdyż „właśnie jest remont,
otwarcie wkrótce”… ale dziś nie miało być o Mariackiej (ta ulica definitywnie
zasługuje na osobą notkę). Dziś będzie o lokalu, do którego często wpadałam
lata świetlne temu, to jest na pierwszym roku studiów.
Złoty Osioł, bo o nim mowa, to bar dla wegetarian. Nie,
żebym sama zaliczała się do tej grupy, wręcz przeciwnie. Ale nawet mięsożerca
musi zjeść czasem trochę warzywek. A co jak co, ale jeśli chodzi o dania
warzywne, Złoty Osioł spisuje się na medal.
W zamierzchłych czasach, gdy byłam szczęśliwą studentką
pierwszego roku, w Złotym Ośle można było zjeść standardowy obiad za 9,99.
Teraz można zjeść za 12, co szaloną podwyżką nie jest, zważając na to, jakie
mamy czasy. Na obiad składa się wybrane danie (a wybór mają bardzo duży: tarty,
naleśniki, zapiekanki, pierogi, placki i wiele innych, menu można zobaczyć
sobie tutaj) oraz surówki (do wyboru 9 opcji, można wziąć dowolną kombinację w
dowolnej ilości). Naprawdę mam poważny problem za każdym razem, gdy jestem w
miejscu, gdzie patrzę na prawie każdą pozycję z menu i myślę sobie „zjadłabym”.
W Ośle zjadłabym dosłownie wszystko. Niestety tak się nie da, musiałam się na
coś zdecydować. Zamówiłam zapiekankę z ziemniakami, cukinią, pieczarkami, pomidorami
i marchewką. Posypana była ziołami i
smakowała rewelacyjnie. Surówki były równie dobre (szczególnie smakowała mi
taka z jabłkiem i porem).Jedzenie bez dwóch zdań mają pierwszorzędne, można z nich
czerpać inspirację i robić w domu wersje mięsne ich dań. Do tego wystrój knajpy
jest na wpół domowy, na wpół przedszkolny. Kolorowe ściany, kolorowe, wzorzyste
obrusy, kolorowe drewniane meble. W Ośle jest uroczo i przytulnie. Zdecydowanie
lubię tą knajpę. Kojarzy mi się z dobrymi czasami.
Takie miejsca jak to sprawiają, że jednak mam jakiś tam maleńki
sentyment do „pięknego” miasta Katowice. No dobra, może nie taki całkiem
maleńki?


